wtorek, 28 maja 2019

Tych parę chwil...

Zostało zaledwie kilka dni do końca maja.
Małymi krokami zbliżamy się do kolejnych urodzin Oliwki.
Zawsze w tym czasie staram się zatrzymać, powspominać, zobaczyć jak bardzo zmieniło się nasze życie odkąd pojawiła się w nim ona.

Co roku czułam taką dumę, że moje dziecko kończy jakiś etap a wchodzi w następny.
Że zaczyna przygodę z przedszkolem, że ma nową pasję, że tyle urosła.

W tym roku czuję również pewnego rodzaju smutek.
Patrząc na nią, widzę jak bardzo się zmienia, jak urosła, jak szybko mijają dni.
Nie powiem, że to nie cieszy, bo cieszy bardzo. W końcu dzięki temu widać jak wiele pracy wkłada się w wychowanie dziecka, jak wiele dobrego już dla niej zrobiliśmy.
Jednak jest w środku jakaś cząstka mnie, którą boli to, że czas za szybko ucieka.

Nasza córka już nie jest taką małą, słodką, często przekręcającą słowa dziewczynką.
Teraz staje się już panienką, której rozmowy, pytania i opinie na jakiś temat często nie odbiegają od rozmów dorosłych.

Chociaż jest kilka rzeczy, które się w niej nie zmieniają.
Ciekawość świata, wielka potrzeba bliskości to coś, co na dzień w niej podziwiam.

Chyba nie ma dnia aby nie zapytała o jakiś kontynent, zwierzę, planetę. Zawsze każde pytanie poprzedza swoim słodkim "mamaaaa, a mogę Ci zadać bardzo ważne pytanie?", a później tych pytań zadaje setki. Ciekawi ją gdzie mieszkają krokodyle, jak wyglądają satelity, jaki w dotyku może być księżyc, skąd biorą się chmury i jak powstaje tęcza.
U dziadka w biurze zawsze bawiła się kalkulatorem. Teraz dociekliwie sprawdza na nim czy potrafi dobrze dodawać. Prosi o zadania, następnie na paluszkach albo w głowie przelicza, podaje wynik a na dziadkowym sprzęcie sprawdza czy się nie pomyliła.
Coraz bardziej interesuje się czytaniem. Udaje jej się powoli czytać proste, w miarę krótkie słowa.
Pisze już całkiem wyraźnie i coraz więcej.

To wszystko niesamowicie cieszy, jednak w głowie włącza się taki sygnał, że to już nie ta sama dziewczynka co nie potrafiła sama ubrać bucików.

Wspominam, oglądam stare zdjęcia, wzruszona przeglądam nasze filmiki.
Widzę jak piękne tworzymy jej wspomnienia, jak organizujemy jej cudowne dzieciństwo pełne beztroski, miłości, szczęścia!

Zauważam jak wiele się od niej nauczyliśmy. Dostrzegamy i doceniamy te nawet najmniejsze fajne rzeczy. Nie musimy mieć wypasionych wakacji na wyspach, nowego samochodu. Nam naprawdę wystarczy czas spędzony razem. Krótki weekend na który całą rodziną wybierzemy się na spacer lub na wycieczkę parę kilometrów dalej. Wystarczą nam dni pełne słońca, w które możemy wybrać się na rower czy hulajnogę. Cieszy nas wspólny poranek i wygłupy w łóżku.

Widzę jak bardzo kochana jest przez innych. Jak moja siostra tysiąc osiemset trzydziesty szósty raz bawi się z nią w przedszkole. Jak moja mama tuli ją na kolanach i gładzi po główce. Jak tata patrzy na nią dumny i zawsze oczekuje tego niesamowitego przytulasa czy buziaka na powitanie. Jak mój mąż a Oliwki tata patrzy na nią, gdy ona już śpi. Jak ze stoickim spokojem rozczesuje jej włosy po kąpieli. Widzę jak jej chrzestny cieszy się i jest dumny, że tak ładnie powiedziała "Samochwałę" lub zaśpiewała piosenkę. Widzę jak dzieci w przedszkolu cieszą się jak, po dłuższej nieobecności, wchodzi do sali.

Cieszę się, że ma wokół siebie tylu dobrych ludzi.

Od całego zła tego świata jej nie ochronimy, ale dobrze wiedzieć, że są ludzie, którzy zawsze nas wspierają, są blisko.
Wiem, że mimo największych kłopotów damy radę! Poradzimy sobie zawsze.
Powoli staram się przechodzić w stan nie narzekania na nic.
Życie nauczyło nas jak szybko można stracić kogoś, kto wydawał się być bliski.
Nie skupiam się już aż tak bardzo na przeszłości. Dla mnie się liczy to, co teraz mamy.
Ta stabilizacja, ten spokój, błogi stan.

Jeszcze chwila, kilka tygodni i będziemy obchodzić jej piąte urodziny. Piąte! PIĄTE!
Z całą pewnością, w tym roku, spędzimy je w gronie najbliższych. Oliwia będzie szaleć z koleżankami a my powspominamy te pięć lat.
To kawałek czasu, to wiele emocji, nie przespanych nocy, płaczu, radości, wzruszeń.
To najcudowniejszy czas w moim życiu!

Jestem żoną. Jestem spełnioną kobietą. Jestem mamą.
I wiecie co?

Mam wszystko. ;)












Bluzka: mamatu
Spodenki: yellow pelota
Sandałki: HM
Tattoo: Ducky Street

wtorek, 12 marca 2019

Lęk separacyjny czyli jak przetrwać stan wyjątkowy?

Trzy tygodnie temu.
Już rano, zaraz po przebudzeniu, słyszę "mamusiu, ale dzisiaj nie chcę iść. Nie wyspałam się, jestem zmęczona". Widzę, że coś się dzieje, ale do głowy by mi nawet nie przyszło, że coś się wydarzyło.
Jedziemy do przedszkola.
W drzwiach płacz niemiłosierny, kurczowe trzymanie się mojej bluzki i pytanie za pytaniem "przyjedziesz po mnie?", "ale na pewno przyjedziesz?", "nie zostawisz mnie tu?".

Z przedszkola wychodzę ze łzami w oczach. Wiem, że to nie problem samego przedszkola, ani nauczycieli. Wiem też, że jednak coś musiało się wydarzyć.

Kilka dni później, kiedy to sytuacja staje się coraz poważniejsza a płacz występuje nie tylko przy przyjściu ale także w trakcie zajęć, zaczynam się już mocniej niepokoić.
Po długich rozmowach, Oliwia mówi, że koleżanka jej powiedziała, że kiedyś mama może po nią nie przyjechać, że zostanie wtedy sama. Niby banał, taka sobie rozmowa dzieci, ale jednak musiało wywołać niepokój. Koszmar!
Rozmowy, tłumaczenia na nic! Nic nie dociera. Budzi się w niej tak silny lęk, że nie opuszcza mnie na krok. Ja do kuchni a Oliwia za mną, ja do łazienki a ona za mną.
Wychodzę do sklepu i już prawie płacz i pytania o to czy wrócę (a przecież w domu nie jest sama).

Mądrzejsi nazywają to lękiem separacyjnym. Jest to nic innego jak strach przez rozłąką z rodzicem, z osobą, z którą jest się silnie związanym. Niby jest to jeden z wielu etapów rozwoju dziecka i pojawia się już w wieku niemowlęcym między 6 a 11 m.ż.
Zagłębiając się bardziej dowiedziałam się, że objawami mogą być: płacz, napady złości, agresja wobec bliskiej osoby. Mogą wystąpić zaburzenia odżywiania i snu.

W sumie chyba powinnam się cieszyć, że u nas jest tylko płacz.

Niby to przechodzi, ale im szybciej podejmiemy jakiekolwiek działania tym lepiej dla dziecka.

Zatem co robić aby pomóc sobie i dziecku?
Przede wszystkim spokój! Bez krzyku, bez nerwów (gdzie te pewnie nie raz ciężko opanować).
Musimy zapewnić dziecku poczucie bezpieczeństwa, miłości i bliskości. Trzeba wytłumaczyć dziecku dlaczego musi zostać bez rodzica i dokładnie określić kiedy wrócimy (u nas jest to po obiadku).
Wgl psychologów należy ustalić również krótkie formy pożegnań, bez zbędnego przeciągania.
Może to być np. buziak albo czułe "Kocham Cię, będę po obiadku".
My jako rodzice musimy zarówno rozumieć i szanować emocje dziecka ale też pamiętać o regułach, granicach panujących w domu.

Próbujmy w domu ćwiczyć rozstania, zostawiając dzieci pod opieką bliskich (dziadków, cioć itp).

Lęk separacyjny to nieuniknione zjawisko. Tkwi bowiem w naturze i dotyczy nie tylko dzieci.
jego natężenie zależy od wielu czynników. Pamiętajmy, że powinniśmy zacząć się niepokoić w momencie kiedy dziecko wpada w histerię, ma napady paniki, występują do tego bóle brzucha czy napięcie mięśni. Wtedy warto zasięgnąć pomocy specjalistów.

No i tu mamy chwilowy brak mądrości z książek i wiadomości od specjalistów.
A trochę praktyki....

Otóż od dwóch dni jestem masakrycznie chora. Już mniejsza o złe samopoczucie spowodowane za niskim ciśnieniem i zbyt wysokim tętnem, ale mam anginę ropną! Najpierw gorączka 39.6 utrzymująca się za długo a od dwóch dni taki ból gardła, że nie mówię, nie jem i ledwo co piję.

No i postanowiliśmy z mężem za zgodą moich rodziców, że Oliwia zostanie u nich.
Wczoraj od samego rana, nocka u dziadków i dziś cały dzień.

To pierwszy raz, kiedy nie ma nas przy niej. Zgodziła się. W sumie przeszło to bez większego "halo", ale co z nami, rodzicami się dzieje to jakaś tragedia. Wieczorem nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca, brakowało nam jej w każdej minucie. Jak już leżała w łóżku zadzwoniłam aby życzyć jej spokojnej nocy i co? Poryczałam się tak samo jak ona przed drzwiami do sali przedszkolnej. A tatuś? Uhuhu!
Mam nadzieję, że się nie obrazi, że to tu wspominam (bo wiadomo facet jak facet odgrywa rolę twardziela), ale łzy poleciały, bo to nie on do snu ją układał, nie od się z nią modlił i całował czółko na dobranoc.

Dużo, na prawdę dużo pomaga mi Oliwii nauczycielka, Pani Kasia.
Tłumaczy mi jak dziecku, że tak jest, że minie, że będzie dobrze.
Wiele dla mnie to znaczy. To zapewnienie, że to normalne, że nie masz póki co czym się martwić!
I mimo, że jak jej dziękuję to podkreśla, że to jej praca to i tak będę jej dozgonnie wdzięczna za każde słowo wsparcia, radę, czy zwykłe "ogarnij się, będzie dobrze"!

I chyba wczoraj, po tej jej pierwszej nocy poza domem, zrozumiałam, że to dwie strony potrzebują tej bliskości, tej pewności, że ktoś wróci, że tęskni, że jest.

Może akurat teraz potrzeba po prostu tych uczuć troszkę więcej. 










Sweter: Bobo Choses / Spódniczka: Zara / Buty: New Balance

wtorek, 12 lutego 2019

Po co komu to całe blogowanie?

Zapadłam w sen zimowy...
Tzn przynajmniej odnoszę takie wrażenie.
Mniej się udzielam na różnych portalach, mniej nas na instagramie czy tu na blogu.

W sumie to nie wiem co się stało, ale poczułam potrzebę przystopowania.
Tak na chwilę zatrzymać się i najzwyczajniej w świecie odpocząć.

Tłumaczyłam to sobie przesileniem zimowym (chyba takie istnieje,co?).
No wiecie... zimno, mokro, krótkie dni, w tv wciąż to samo grają, smog w miastach, mało ludzi na ulicach. Ptaków, motyli nie widać. Słońca też brak bo wiecznie chmury na niebie.

Człowiekowi nic tak na prawdę się nie chce.

Miałam też sporo pracy! Bo nie wiem czy wiecie ale moja pasja przerodziła się w moją pracę!
No i mieliśmy kilka fajnych przygód, które mam nadzieję, że zaowocują fajnymi przyjaźniami.

Przez cały ten czas zastanawiałam się czy nadal chcę tu być, czy chcę "bawić się" w to całe blogowanie. Bo jednak czasochłonne.
(Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale napisanie jednego posta to kilka dni przemyśleń, kilka godzin pisania i korekt plus wykonanie fajnych zdjęć i ich obróbka).
Zresztą w dzisiejszych czasach można znaleźć całą masę blogów, zresztą dużo lepszych niż ten nasz.

I nagle któregoś tam dnia wchodzę jak gdyby nigdy nic na fanpage a tam masa wiadomości od Was.
(dziękuję, dziękuję)

Czytam, odpisuję i dalej zapadam w ten zimowy, paskudny sen.

Inny dzień.
Przeglądam właśnie zdjęcia z jakiejś tam sesji Oliwki i już w głowie obmyślam plan jak Wam je pokazać. I łapię się na tym, że ciągle w głowie mam pisanie, moich czytelników i obserwatorów.
I stwierdzam, że ja to przecież uwielbiam!

Przecież lubię się z Wami dzielić naszą codziennością, lubię pokazywać co się u nas dzieje, lubię gdy mama Agatki dopytuje kiedy wrzucę kolejne zdjęcie, mama bliźniaczek dopytuje o jakąś markę ubrań, ktoś pyta jaki rower polecamy, jakie książki są teraz u nas na topie, czy warto kupić to czy tamto. Lubię to wszystko.

Więc siadam i piszę ten tekst.
I cieszę się bardzo, że w końcu się wybudziłam.
Że nabrałam sił, że mam plan na ten rok, że mam Wam tyle do pokazania i powiedzenia.
Cieszę się, że nie pozwoliliście mi dłużej milczeć.

Podsumowując... przerwa najwidoczniej była mi potrzebna aby się zregenerować, nabrać sił i wrócić.
Bo całe te blogowanie to taka fajna sprawa, masa fajnych, ciekawych ludzi, fajne przygody, zabawne sytuacje, poważne rozmowy. Bo to taki nasz świat.

Witam Was.
Jestem.
I pewnie jeszcze jakiś czas tu będę.












INSTAGRAM