środa, 29 listopada 2017

Mój pierwszy atlas świata

Dziś chciałabym Wam pokazać nasz książkowy hit!
Już od jakiegoś czasu szukałam książki na podstawie której mogłabym Oliwii pokazać gdzie żyją poszczególne zwierzęta.
Często dopytuje "mamusiu, a gdzie mieszka lew?", "gdzie jest domek koali?", "gdzie mieszka żyrafa?". Ciekawią ją zwierzęta, owady i cały czas o  nie pyta.

Przejrzałam internet i trafiłam na atlas świata dla najmłodszych.
Od początku , a w sumie od ujrzenia okładki wiedziałam, że będzie to strzał w dziesiątkę!

Pamiętam, że gdy byłam jeszcze małą dziewczynką uwielbiałam przeglądać atlas i przesuwając palec strzelać w miejsce w którym chciałabym się znaleźć. Zawsze marzyłam o dalekich podróżach, o najdalszych zakątkach świata. Zastanawiałam się wtedy jak wyglądają i jakie ubrania noszą tamtejsi ludzie. Czy jedzą to co my? Jakie zwierzęta ich otaczają?

Do dnia dzisiejszego uwielbiam zaglądać do książek podróżniczych!

Ale teraz tę pasję dzielę z moją córeczką.
"Mój pierwszy atlas" to barwna książka sporego formatu. Posiada grube kartki, które są bardzo wygodne dla mniejszych łapek. U nas takie sprawdzają się póki co najlepiej.

Wstęp to powitanie wszystkich kontynentów. Każda kolejna strona to poznawanie poszczególnego kontynentu. Dowiemy się miedzy innymi o zabytkach charakterystycznych dla danego regionu. Zobaczymy gdzie żyją jakie zwierzęta, jakie są tradycyjne potrawy w danych krajach czy jak ludność ubiera się w poszczególnym regionie oraz jakim środkiem transportu się przemieszcza.

Wszystko opisane jest zabawnie w formie tekstu i obrazków (niezwykle barwnych) tak więc książka z całą pewnością może być odpowiednia zarówno dla maluchów w wieku Oliwki jak i tych nieco starszych, zaczynających swoją przygodę ze szkołą.

My sięgamy po atlas bardzo często i dumna jestem jak widzę, że młoda już sporo zapamiętała.
Sama zakrywa strony i wypytuje mnie "a pamiętasz gdzie mieszka żyrafa, jakim autem jeździ się po pustyni, jak nazywają się domy na biegunie?".

Wydaje mi się, że atlas ten będzie początkiem niesamowitej podróży!
A może dzięki niemu zdecydujecie się wybrać w jakąś ciekawą podróż?
Niekoniecznie palcem po mapie....














Książka do nabycia w Empiku TU

środa, 8 listopada 2017

Dwa miesiące w przedszkolu

Zdawać by się mogło, że dopiero co pisałam o emocjach związanych z pierwszym dniem Liwki w przedszkolu a tu już dwa pełne miesiące za nami.
W sumie to dwa najbardziej, emocjonalnie skrajne miesiące!

Podzielę je na trzy etapy, bo każdy z nich był niezwykle ważny w naszym życiu.

1. Niewiedza.
Nie bez powodu tak go właśnie nazwałam. Pierwszy etap, który trwał około 3 tygodni to jedna wielka niewiadoma. Jak będzie? Czy damy radę? Czy zaakceptuje Panią? Czy nie będzie chorować? Czy ja sobie emocjonalnie dam radę? Wszystko na raz, w jednej chwili.
Były łzy, smutek, nerwy, pustka i tęsknota u mnie.
Były spokój, zaciekawienie, tęsknota, ale i radość u niej.

W ciągu tygodnia pierwszego kilka razy na dobę serducho podpowiadało mi "Nie! Źle robisz Kaśka! Ona jest jeszcze za mała na przedszkole!" ale na szczęście chwilę po tym rozum podpowiadał, że to dobry krok.

2. Po chorobowym.
Okres drugi rozpoczął się dla nas chorobowym. W sumie nic poważnego bo "zaledwie" kaszel i katar, ale jednak. Postanowiłam nie narażać jej ani też innych dzieci i zostawiłam ją na kilka dni w domu.
Pierwsze dni na chacie spędziłyśmy na zabawach z przedszkola. Cały czas paplała czego to ona się nie nauczyła od swojej ukochanej Pani Kasi. Pierwszy raz w swoim życiu poznała smak syropu i szybko wróciła do formy. Ale powrót już taki "różowy" nie był.
Te kilka dni w domu sprawiło, że ciężko było wstawać bardzo wcześnie i niechęć rosła.

3. Dzikuska.
Trzeci etap, który trwa do dziś zaczął się w połowie października.
W domu nadal rozsądna, mega samodzielna dziewczynka. Natomiast w przedszkolu mała dzikuska, która nie chce nic (zupełnie) nic sama zrobić. Sama bawić się nie chce, sama nie chce sięgnąć zabawki, ponieść kredki, siku sama też raczej nie pójdzie.
Wszystko z Lenką lub Panią K.
Inne dzieci traktuje jak powietrze! Ale tak całkowicie!
gdy przychodzę po nią, jestem świadkiem tego jak nawet nie patrzy w stronę innych dzieci.
Podchodzi np Julka i coś się pyta a Oliwia jak słup soli stoi.

I nagle... otwierają się drzwi, młoda wychodzi poza linię sali i znów staje się samodzielną, odważną dziewczynką!

Nie mam pojęcia o co chodzi ale sporo rozmawiamy i wierzę, mocno wierzę, że to przejdzie!
Póki co przedwczoraj poszła w przebraniu kotka mega zadowolona.
Wczoraj i dziś minę miała nieciekawą zaraz po otwarciu drzwi.

Nadal cieszę się, że zdecydowaliśmy tak a nie inaczej.
Nawet odkrywam w sobie nieco samolubne zachowania. Bo jak to niezwykle miło jest zamknąć drzwi za tym mega marudzącym dzieckiem i wrócić na chwilę do domu, wypić ciepłą kawę... Chociaż chwilę po wypiciu kawy myślę sobie, że tęsknię.
Ale chociaż na kilka godzin zrzucam ten ciężar "marudzenia" na Panią K.

Podsumowując... przedszkole to taka sinusoida naładowana naszymi emocjami.
Nie ma tylko dobrych albo tylko złych dni.
Jest różnie. I jest fajnie tak jak jest.












Bluza The Animal Observatory
Spódnica Bobole

poniedziałek, 9 października 2017

jesienne harce

Wiosna to zdecydowanie najpiękniejsza pora roku.
Wszystko budzi się do życia, dni stają się dłuższe i coraz cieplejsze.
Garderobę zimową powoli uzupełniają delikatne i zwiewne tkaniny, ciężkie buty idą w odstawkę.
Wiosnę kocham najbardziej. Człowiek dostaje jakiegoś nadprzyrodzonego powera, zaczyna więcej i częściej się uśmiechać, oddychać pełną piersią.

W sumie każda pora roku ma w sobie coś szczególnego, coś co lubimy.

Także jesień.

Jesień, mimo iż zawsze wprowadza mnie w nieco nostalgiczny nastrój, da się lubić.
Drzewa mieniące się różnokolorowymi liśćmi, kasztany, żołędzie.
Odrobina słońca, która sprawia, że wybieramy się na długie spacery.
Mam wrażenie, że jesienią człowiek nieco zwalnia.

Oliwia w tym roku do wszystkiego podchodzi nieco inaczej.
Nie pamięta zeszłorocznej jesieni.

Więc ta jesień jest dla niej tak jakby czymś nowym. Zachwyca się nią, zadaje mnóstwo pytań.
I mimo, że jesień to sezon przeziębieniowy to staramy się sporo czasu spędzać na powietrzu.

Zbieramy kasztany i żołędzie, z których później Oliwia z tatą robi ludziki.
Odwiedzamy nasze ulubione miejsca. Dokarmiamy zwierzaki.
I w dalszym ciągu szukamy ciekawych i starych drzwi, które Oliwia uwielbia 😄

Jesień nie jest jej straszna. I mimo, że długo protestowała przed zmianą ubrań na bardziej ciepłe to teraz już sama chętnie wybiera co chce ubrać i w czym nie będzie jej zimno.

Mam nadzieję, że ta słoneczna jesień pobędzie u nas jeszcze długo.
I będzie odchodzić powoli, aby dać nam czas na oswojenie się z niską temperaturą.


 












Sukienka (w sumie to bluza) ZARA (chłopiec)
Rajtuzy COLLEGIEN
Trampki FASHIOLA
Kurteczka szyta na zamówienie

piątek, 22 września 2017

W co ubrać dziecko do przedszkola?

No i zaczęły się schody.
W sumie to nawet bym nie pomyślała, że w tej kwestii będę miała jakiekolwiek wątpliwości.
Przecież ubieram dziecko codziennie. Szafa Oliwii jest różnorodna ale i przygotowana na zbliżającą się porę roku.
I tak to właśnie pod koniec zimy nabywam ubrania na wiosnę. Pod koniec wiosny kompletuję wyprawkę na lato. Po koniec lata zakupuję to, co będzie nam potrzebne jesienią. I tak w kółko.

Tak więc późnym latem, gdy jeszcze byłam święcie przekonana, że moje dziecko do przedszkola w tym roku nie pójdzie, skompletowałam garderobę jesienną.
Piękne sukienki, rajtuzki, spodnie, koszule i cudne sweterki. Bluzy, bluzeczki, kamizelki.
Zadowolona z siebie i z zakupów myślałam, że mam już wszystko na jesień.
Wszystko wyprane, wyprasowane wisiało w szafie i czekało na chłodniejsze dni.

I wtedy Oliwia poszła do przedszkola.
A, że jej pójście do przedszkola było totalnym spontanem nie miałam czasu aby przemyśleć jej wyprawkę (w sumie to dopiero ją kompletuję 😁).
Niby słyszałam jak Pani mówi aby do przedszkola ubierać na prawdę zwykłe ubrania, ale oczywiście pomyślałam wtedy, że chodzi o schludność i wygodę.

Jakież było moje zdziwienie gdy kilka dni z rzędu odbierałam młodą całkowicie ufajdaną wszystkim.
W sumie powstała nawet z tego niezła zabawa, bo już w drzwiach Pani Kasia, z uśmiechem, pytała mnie "to co dzisiaj było na obiad?".
No taaaak! Pomidorówka na bluzce, sos na rękawie, trochę kakao ze śniadania. I farbki były. I dziura w spodniach również.
I tak przez kilka dni menu dziecka było pięknie wymalowane na garderobie.

W sumie nie szkoda mi ubrań, bo w domu też dziecko je "zużywa".
Też się poplami. Obklei ciastoliną. Na spacerze upadnie. Na placu zabaw zahaczy.

Niby tak, ale jednak postanowiłam wybrać się na zakupy.
Stwierdziłam, że początki są trudniejsze.

Całkowicie samodzielne malowanie, jedzenie. Szaleństwa na podłodze i na boisku.
Dopóki nie załapie wszystkiego postanowiłam ubierać ją w coś, czego na prawdę nie będzie mi szkoda. Tak więc do naszej jesiennej garderoby dołączyło mnóstwo prostych, dosyć tanich legginsów, proste bluzeczki, zwykłe kapcie. Całe szczęście, że HM i SMYK mają na prawdę bogatą ofertę takich prostych ubranek, które są w naprawdę przyzwoitej cenie.

Wynik jaki osiągnęłyśmy w trzy tygodnie to dwie pary legginsów do zszycia, jedne do wywalenia plus mnóstwo odplamiacza! No chyba serce by mi pękło gdybym miała wyrzucić którąś z jej ulubionych sukienek! Oliwia tez czasami rano się buntuje bo ma już swoje ulubione ubranka.
Ostatnio chciała ubrać spódniczkę, ale całe szczęście, że udało mi się ją przekonać, że nie jest to najlepszy pomysł bo wróciła cała od spaghetti.

Ale jest cień nadziei.
Od dwóch dni Oliwia wraca coraz bardziej czysta z przedszkola, co odbieram jako fakt, że sobie coraz lepiej ze wszystkim radzi.
Jest więc nadzieja, że te nasze jesienne perełki zakupione jeszcze latem będą noszone nie tylko po powrocie z przedszkola.















Kapelusz, spodnie, torebka RESERVED
Koszula, buty ZARA
Kamizelka RAJCHELKA

INSTAGRAM