poniedziałek, 20 czerwca 2016

Mam tę moc. Czyli rozkład dnia matki na wychowawczym.

Urlop- (Wikipedia) Czas wolny od świadczenia pracy.
Niby wolny czas. Czas odpoczynku, lenistwa, spokoju.  
Yhm. 
Z pewnością termin "urlop wychowawczy" wymyślił mężczyzna.
Od dnia, w którym nasz potomek pojawia się na świecie, nie ma czegoś takiego jak urlop. 

Nie będę tu wymyślać i pisać, że odkąd zostałam mamą piję zimną kawę czy nie wiem co to sen bo trochę to mija się z prawdą. 
Ale specjalnie dla Was zrobiłam nasz mały rozkład jazdy po całym dniu. 
(Uwaga! Jeśli Wasz mąż/nie mąż twierdzi, że siedząc w domu z dzieckiem nic nie musicie robić zróbcie taki plan Waszego dnia. Albo po prostu zamieńcie się rolami na kilka dni). 

1. Hello. 
(Dżizas! Jak mi dobrze było gdy młoda siedziała sobie jeszcze w swoim priv m-1 a ja mogłam sobie spać do 11 godziny bezkarnie.) 
Godzina 7-8 pobudka. Albo młoda przychodzi do naszej sypialni i na cały głos oznajmia "spać nie" albo ze swojego pokoju nadaje coś w stylu "aaaaaaa, mamaaaaaa, Lisia spać nie. Chodź tutaj, nooooo chodź. Proszę." 
 Jeśli to wariant nr 1 to zdarza mi się, niczym potwór okropny, "porwać" dziecia pod kołdrę na małe przytulanki. 
 Jeśli natomiast chodzi o wariant nr 2 to nie ma mowy aby młoda czekała więc lecę do jej pokoju. Buziak na powitanie. 
Po drodze do salonu zahaczamy o łazienkę i szorujemy zęby. Ile czasu? 
A dwie piosenki. "szczotka, pasta, kubek, ciepła woda..." 
Z moich obliczeń to czas wystarczający na porządne umycie zębów. 
Następnie w całym domu, z poziomu moich rąk, dziedziczka otwiera rolety. 
Siada w salonie na kanapie, ja lecę do kuchni szykować śniadanie. 

2. Śniadanie. 
Niby normalny posiłek. Ale...
- Kochanie co chcesz na śniadanie?
- Chlebuś.
Tak więc szykuję chlebek i przy okazji robię herbatę.
- Chlebuś nie! Daj abułko, proszę!
Tak więc idę do kuchni i myję jabłuszko. Po czym 5 minut przekonuję dziecko aby jabłko obrać.
Po jabłku dopiero zjada normalne śniadanie i pije herbatę.
(Ja w tym czasie na szybko coś "wcinam" i lecę wstawić pranie nr 1)

3. II śniadanie.
Po śniadaniu stwierdzam, że najlepszy czas na zabawę tak więc rysujemy, czytamy książki, układamy puzzle, klocki lub wymyślam jakąś ciekawą, edukacyjną zabawę.
I wtedy nadchodzi czas na drugie śniadanie. Na szczęście nie mamy problemów z jedzeniem owoców tak więc zazwyczaj myję i układam na talerzyku (nie byle jak, tylko z formie kształtów) borówki, truskawki, maliny bądź banana czy arbuza.

4. Sprzątanie domu z dzieckiem.
Chyba jedno z "najlepszych" zadań do wykonania.
Po śniadaniu na podłodze "siedzą" sobie okruszki, gdzieś poleciało troszkę herbaty, przez przypadek malina się sama rozdeptała. Tak więc odkurzam a Oliwia chodzi za mną krok w krok i pokazuje gdzie i co jeszcze zostało na podłodze (kontrola musi być).
Gdy już odkurzę to zmykam po pranie, bo rozwiesić ktoś je musi.
Gdy starannie rozwieszam kolejną małą, śliczną bluzeczkę kątem oka widzę jak córa kruszy chrupkiem kukurydzianym (dobrze, że nie chowałam odkurzacza).
Sprzątanie łazienki to ostatnio też mistrzostwo.
Myję umywalkę, młoda w tym czasie potrafi wrzucić coś do toalety.
Wyławiam coś z toalety, a ona rozwija całą rolkę papieru toaletowego.
Zwijam papier i widzę jak małe rączki znów próbują podnieść deskę do góry.

Nigdy nie lubiłam sprzątać. No bo co w tym przyjemnego?
I jak już musiałam to zajmowało mi to cały dzień.
Ale teraz to jestem mistrzem w sprzątaniu :)

5. Zakupy. Lidl. Czas podstawowych zakupów (max pół wózka) około 90 minut.
- Kochanie nie ruszaj tego.
- Zostaw, proszę.
- Nie, nie możesz.
- Nie potrzebujemy mąki.
- Uważaj bo w ludzi wejdziesz.
- Nie, nie pozwalam tego.
- Uważaj Pani idzie.
- Oliwia wróć, proszę.
- Nie jesz tego więc proszę odłożyć.
- Tego też nie.
- Ani tego.
- Zobacz idzie Pan ochroniarz.
- Dobrze, weźmiemy rogala.
3 minuty ciszy bo Panna O. spożywa rogala.
Później z reguły dalej to samo. Dotykanie wszystkiego co jest po drodze. Wrzucanie do wózka czegokolwiek, bo przecież fajnie jest pomagać :)
Przy kasie to już wgl mam wrażenie, że zwariuję, ale grzecznie około 384 razy proszę "stój koło mnie kochanie".

6. Obiad.
Już kilka razy rozważałam catering ale, że po pierwsze się nie opłaca a po drugie nie jest tak smacznie jak u mamy to zostało mi gotowanie.
Nie wiem jakim cudem nie przypalam wszystkiego bo tylko włączę indukcję od razu słyszę "mamusiu, chodź", "czytaj", "włącz baję".

Jedzenie obiadu na szczęście przebiega w miarę normalnie aczkolwiek bluzka po obiedzie koniecznie do prania. (nie ma mowy, że założy śliniaka).

7. Spacer.
Jeśli pogoda nie jest najlepsza często lądujemy u mojej siostry lub u babci Oliwii.
Tam mam chwilę dla siebie. Chociaż teraz młoda ma okres w którym mama musi być w odległości metra bo jak nie to krzyk niemiłosierny :)
Jeśli jest piękna pogoda to ruszamy na spacer. Bez wózka. Bo przecież "Lisia duzia. Wóziu nie".
No nie. To nie.
Nie chce mi się jej przekonywać, że w wózku nadal może być fajnie.

Gdziekolwiek byśmy na spacerze nie były tak jest milion pytań :)
"co to?", "a to?".
W drodze powrotnej zazwyczaj bolą nóżki i lepiej jest "opa" do mamy na ręce.
Zazwyczaj na spacerze Oliwia je podwieczorek. Pije soczek.

8. Zabawa.
Wieczorem, przed kąpaniem bawimy się. Znów puzzle, książka albo figurki zwierzątek, które układamy w domku drewnianym wydając przy tym odgłosy każdego z nich.
(O! Właśnie! Jakie odgłosy wydaje żółw albo żyrafa? Bo męczy mnie tym młoda a ja za nic w świecie nie umiem odpowiedzieć).

9. Kąpiel.
Pół łazienki pływa, wszystkie półki wokół wanny mokre. Cała wanna pełna zwierzątek gumowych. Ale dziecko najszczęśliwsze na świecie!

10. Kolacja.
Dwuletnie dziecko to niezwykle cwana bestia. Dobrze wie, że kolacja to ostatnia (no prawie) czynność przed pójściem spać. Tak więc przedłuża ile może. Przeciąga każdy kęs. Albo stwierdza, że jeszcze coś chce jeść, albo pić, albo coś nie tak z koszulką do spania, albo nie jest śpiąca.
Godzina najmniej!

11.  Spanie.
Tu nam się udało. Nie mamy najmniejszych problemów z usypianiem. Zasypia w dwie minuty i pięknie śpi u siebie w pokoju.

Niby zwyczajny dzień.
Ale....
Doliczyć trzeba do tego ciągłe pilnowanie aby dziecko się napiło, ubieranie, przebieranie (po coś się poplami), zmiana pampersa (bo coś ciężko z odpieluszkowaniem), wymyślanie kreatywnych zabaw, śpiewanie piosenek, mówienie wierszyków, ciągłą czujność.

Tak więc kochani tatusiowie/mężowie/partnerzy!
Bądźcie trochę bardziej wyrozumiali dla swoich kobiet!
To, że siedzimy w domu z dzieckiem wcale nie oznacza, że siedzimy.
Dla nas czas, w którym rano szłyśmy do pracy a po ośmiu godzinach wracałyśmy jest pięknym wspomnieniem.
Teraz dzień zaczynamy równo z dzieckiem (lub wcześniej) a kończymy kilka godzin po położeniu bąbla do łóżka.
Jeśli raz na jakiś czas wyręczycie nas w czymś będzie nam na prawdę miło!
A przecież szczęśliwa i wypoczęta (w miarę możliwości) żona to spokój i miła atmosfera w domu. :)

My tę "robotę" kochamy bo nie ma nic piękniejszego niż bycie codziennie świadkiem czegoś nowego, patrzenie na rozwój własnego dziecka, uczenie go nowych rzeczy.
Ale mamy prawo być zmęczone.
Doceńcie nas.









Spodnie, kapelusz, trampki H&M, bluzka MUMUkid.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

INSTAGRAM