środa, 27 stycznia 2016

Jak poprawnie robić zdjęcia dzieciom? Kilka rad z którymi warto się zapoznać.

Ostatnio dostaję od Was coraz więcej wiadomości z zapytaniem jak udaje mi się uchwycić małą na zdjęciach.
Jak to robię, że nie ucieka, że jest uśmiechnięta, że zdjęcia nie są poruszone?
Postanowiłam, że spróbuję napisać Wam kilka zasad.
Mimo, że sama jestem amatorem i nadal się uczę mam nadzieję, że te kilka rad Wam pomoże.
Jednakże musicie pamiętać, że dobre zdjęcie nie zależy tylko i wyłącznie od dobrego sprzętu. Przy zakupie, aparatu, warto o tym pamiętać.
Dlatego też musicie wiedzieć do czego Wam potrzebny ma być aparat.
Jeśli robicie mało zdjęć i tylko do rodzinnego albumu to lepiej kupić kompakt z wieloma fajnymi funkcjami.
Jeśli chcecie spróbować poeksperymentować to można zakupić kompakt z możliwością manualnych ustawień.
Czasami lepiej kupić porządny kompakt niż najtańszą lustrzankę.
Ale przejdźmy do konkretów.
Fotografia dziecięca do łatwych nie należy.
Nawet śmiało zaryzykowałabym stwierdzeniem, że dzieci są najcięższym „obiektem” do zdjęć.
W końcu rozpiera je energia.
Bardzo trudno jest je poprosić o uśmiech, stanie w miejscu a już w ogóle o patrzenie w obiektyw!
Dlatego też mam dla Was kilka cennych rad.
1. Dobry czas.
Wydaje mi się, że bardzo ważną rzeczą jest dzień w jaki zdecydujemy się na małą, amatorską sesje naszej pociechy.
Raczej każdy z nas zna bardzo dobrze własne dziecko i wie kiedy maluch ma gorszy dzień, wtedy lepiej odpuścić bieganie za dzieckiem ze sprzętem.
Gdy dziecko jest po szczepieniu, gdy jest niewyspane, marudne raczej nie możliwa jest współpraca między nim a aparatem.
2. Zabawa.
Jeśli zależy nam na ciekawych ujęciach to spróbujmy aby „sesja” odbywała się w naturalnych warunkach, normalnej atmosferze.
Jesteśmy na spacerze? Poprośmy dziecko o powąchanie kwiatka, o przytulanie drzewka, o pokazanie listka. Niech chodzi, patrzy tam gdzie chce. To my musimy „złapać” ten moment a nie ustawiać dziecko pod zdjęcie!
Zdjęcia mają być przede wszystkim formą zabawy.
3. Kadr.
Dobry kadr to połowa sukcesu.
Pamiętajmy, że najważniejsze na zdjęciu ma być nasze dziecko. Dlatego też unikajmy miejsc w których jest dużo, różnych rzeczy w tle.
Niezwykle ważne jest też samo ujęcie.
Starajcie się nie „obcinać” dziecku nóg gdy na górze mamy sporo luzu! I w drugą stronę tak samo.
4. Światło.
Najlepsze jest światło naturalne, dzienne.
Jeśli nie jesteśmy wyposażeni w dobrą lampę błyskową, to po prostu unikajmy zacienionych miejsc.
Nie używajmy wbudowanych lamp (one sprawiają, że zdjęcia są bardzo sztuczne).
I bawmy się światłem. Zdjęcia pod słońce wcale nie muszą być złe. ;)
5. Perspektywa.
Starajcie się nie robić dziecku zdjęć z jednego miejsca, stojąc wyłącznie na przeciw.
Eksperymentujcie z perspektywą.
Czasami zdjęcie fajnie wygląda nieco krzywe, z lotu ptaka lub wykonane od dołu.
6. Nic na siłę.
Pamiętajcie, że fotografia ma być zabawą, nie obowiązkiem.
Nie zmuszajcie dzieci do uśmiechu, do stania w miejscu, do pozowania.
W dziecku najpiękniejsza jest naturalność.
A niewiele wystarczy aby zrazić dziecko do aparatu!
Poza tym zdjęcia ustawione są sztuczne, brakuje w nich miłości, ciepła, prawdziwości.
Kochani!!
Przede wszystkim pamiętajcie, że zdjęcia to piękna pamiątka, to możliwość zatrzymania chwili, to łapanie fajnych momentów, to kolekcjonowanie pewnych etapów naszego życia.
Róbcie zdjęcia!
Lustrzanką, kompaktem, telefonem.
Nie ważne czym!
Dzieci kiedyś będą Wam wdzięczne za najpiękniejszą pamiątkę, za zatrzymane chwile.








Oliwia:
Płaszczyk ZARA
Sukienka EVKI KIDS
Rajty H&M
Czapa od LILMAR
Buciki YOUNG DIMENSION
Aparat drewniany plan toys zakupiony w ADABOO

czwartek, 21 stycznia 2016

Co wypanda, a co nie wypanda.

„Każda panda dobrze wie, co wypanda, a co nie”.
Świetna, rozbrajająca i przepięknie ilustrowana książka Oli Cieślak dla najmłodszych.
Jest niczym poradnik dobrego wychowania.
Bohaterka naszej książeczki, panda, poprzez krótkie i niezwykle zabawne rymowanki wpaja niesfornym maluchom jak powinny się zachowywać a czego unikać.
Dowiadujemy się z niej, że nie grzecznie jest się spóźniać, dłubać w nosie czy beztrosko sobie bekać.
Bo w końcu „wrażenie w towarzystwie wywrze, kto zna się na savoir-vivrze!”
Książeczkę kupiłyśmy TU, ale spokojnie dostępne są również w empiku.









Oliwia:
Sukienka monstery MAMATU
Rajty H&M
Podusia LITTLE GOLD KING

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Życie na krawędzi łóżka. Wywiad z Anią, mamą chłopca chorego na GBS.

Życie tylko wydaje się być takie proste…
Dojrzewamy.
W głowach powoli układamy sobie plan na przyszłość, który próbujemy usilnie zrealizować. Trzymać się tego co założyliśmy sobie dużo wcześniej.
Więc poznajemy tego „wymarzonego” partnera, zakochujemy się, a po pewnym czasie stwierdzamy, że nadszedł odpowiedni moment na krok na przód.
I tak bierzemy ślub (ten wymarzony, w sukni takiej o jakiej śniłyśmy).
Kolejnym krokiem z naszej „listy” marzeń jest pełna rodzina, dlatego też staramy się o dzieci. Bo w końcu każdy wie, że dziecko to najpiękniejszy dar, błogosławieństwo, przypieczętowanie miłości. I tak planujemy, że będziemy sobie żyć długo i szczęśliwie.
Bo w końcu o tym marzyliśmy!
A co jeśli życie zweryfikuje nasze plany?
Jeśli jest nam pisany nieco inny scenariusz?
Co jeśli po pewnym czasie budzisz się rano i niby wszystko wydaje się ok, ale…
Ale jednak masz przeczucie, że dzieję się coś złego?
Chodził za mną ten wpis długo.
Ale nie miałam odwagi poprosić jej o odpowiedź na kilka pytań.
Trudnych pytań.
Cholernie trudnych!
Dziś mam do Was wielką prośbę!!
Przeczytajcie do końca! (tylko tyle).
ŻYCIE NA KRAWĘDZI ŁÓŻKA. WYWIAD Z ANIĄ, MAMĄ CHŁOPCA CHOREGO NA GBS.


OM: Aniu, zacznijmy od dnia w którym dowiedzieliście się o ciąży. Kiedy to było? Co czułaś?
A: Dokładnie wiedzieliśmy że to jest ten moment. Odliczałam dni… ale gdy się potwierdziło
byłam przerażona, ryczałam. Krzysztof przeciwnie, był dumny jak paw!
Wiedział, że będzie syn…
OM: Czy cała ciąża przebiegała prawidłowo?
A: Tak. Jak w zegarku. Całą ciążę się rozpieszczaliśmy. W 40 tygodniu, na umówionej wizycie, okazało się, że mam bardzo wysokie ciśnienie. Natychmiast zostałam odesłana do szpitala. Następnego dnia musieli zrobić cesarskie cięcie…
Syn. Ma Pani syna. Płakał.
Usłyszałam jak Krzysiek woła „Kuba, mój synku”… wtedy Kuba przestał płakać…
I tak jest już zawsze, gdy słyszy nas jest spokojny.
OM: Z pewnością był to najpiękniejszy dzień w Waszym życiu. Jak rozwijał się Kuba?
A: Poród był dla mnie horrorem! Zabrali Kubusia. Ja leżałam i nie mogłam się ruszyć. Dostawałam histerii. Całe moje ciało krzyczało za nim a jego nie było…
Nie dali mi go dotknąć, przytulić… Zabrali go bo miał lekkie nacięcie od skalpela.
To był grzeczny, ułożony bobas. Wesoły, pogodny nikogo się nie bał.
Pamiętam jak z mężem kłóciliśmy się czy można już wprowadzić mleko następne?!
O to się sprzeczaliśmy. Takie mieliśmy problemy.
Wróciłam do pracy gdy Kuba miał 7 miesięcy. Budowa. Kredyt. Do południa ja z Kubusiem, po południu Krzysiek. Tęskniłam za nim. Wydzwaniałam. A Kuba
nawet nie miał czasu zauważyć że nie ma mamy, tyle miał do roboty.
OM: Czyli wszystko układało się pomyślnie. Małżeństwo, zdrowe dziecko, budowa wymarzonego domu. Kiedy zaczęło się dziać coś niepokojącego?
A: Styczeń 2009r. sobota, wieczór.
Babcia go prowadza
za rączkę, idzie do mnie i upada na dwa kolanka. W niedzielę jedziemy do dziadków z czekoladkami (ponieważ w tygodniu było święto). Kuba jest marudny. Nie chce chodzić. W drodze powrotnej płacze. Pisze maila do pracy ze Kuba jest „niewyraźny” i nie wiem czy przyjdę do pracy. Noc spokojna.
Rano budzi się…uśmiecha…ale coś jest nie tak….leży…
Krzyczę do Krzyśka, że jedziemy do lekarza, że Kuba jest taki słaby. W poczekalni nagle zaczął wrzeszczeć, ugryzł mnie w ramię. Długo miałam odbite ząbki! To był krzyk jakby zadano mu potworny ból…. Lekarz rodzinny natychmiast każe jechać do szpitala, że już neurolog na nas czeka. Mówi ze to chyba GBS ze Kuba jest wiotki…
Ja uparcie, że to przez to, że idą ząbki, że mało zjadł, że nie ma siły…

W szpitalu wszystko szybko się toczy. Natychmiast
pobierają płyn rdzeniowy. Mówią mi, że jest porażenie wiotkiej. A ja, że nie jadł…
W środę karetką jedziemy do Poznania. Kuba ma problem z oddychaniem.
W czwartek rano budzę
się i widzę jak Kuba się dusi! Robię alarm…
Intubują… 
zabierają na OIOM…
Drugi raz mi go zabrali…


Rozpacz.
Histeria.
Nie myślę. Nie mogę mówić. 
Jeść. 
Jeżeli będę płakać nie wpuszczą mnie i nie będę mogła go zobaczyć. Nauczyłam się płakać tak, żeby nie było widać. Jestem uśmiechnięta.
16 rurek i kabelków…
Nagi…
Rozłożony …
Niczym nie
otulony…
Mogę być 15 min…


Jest zima. Poznań. Wychodzę na ulicę. Nie mam
gdzie pójść.
Przyjeżdża Krzysztof. Cały czas się trzęsiemy. Obydwoje.
Śpimy u jakiejś kobiety, ochroniarz dał
nam adres.
Rano jesteśmy pod drzwiami.

Przychodzą inni rodzice.
Zamieszanie.
Umarło
dziecko…
7 łóżek. Nie wiemy które jest puste.
Każdy
się modli.
Po 4 godzinach otwierają drzwi. Wywołują
nazwisko. Ordynator prosi. Reszta może wejść na salę.
Obok Kubusia wolne łóżko. W tej sekundzie wiesz już wszystko.
Tylko nam się wydaje, że życie należy do nas, że mamy jakąś władzę!
OM: Co dalej? Jaka diagnoza?
A: Pierwsze słowa „nie wiem co Państwa synkowi jest…próbujemy to ustalić….robimy wszystko co trzeba”.
Kolejne badania i każde następne są prawidłowe, w normie, nie ma wytłumaczenia co jest
przyczyną ciężkiego stanu klinicznego.
Diagnozy są różne. Może zapalenie mózgu, opon mózgowych, rdzenia itd…
ale to nie jest GBS.

Po dwóch tygodniach podają do podpisania papiery na wykonanie tracheostomii.
Nie usłyszę już więcej „mama…”
OM: Kto w końcu potwierdza i po jakim czasie, że to GBS?
A: Po miesiącu czasu przynoszą mi papiery do podpisania, że przekazują pacjenta do hospicjum. Piszę maila do profesora z CZD z prośbą o dalszą diagnostykę. Dnia następnego jesteśmy przetransportowani do Warszawy. Czeka na nas kilka osób; anestezjolodzy, neurolog, pielęgniarki. Proszą mnie na oddział. Trafiam do innego świata. Dokładnie wyjaśniają co zamierzają. Po badaniu Prof stwierdza GBS, ponownie
pobierają płyn.
Dwa dni później Kubuś obchodzi swoje pierwsze urodziny.
Później dostaje immunoglobuliny.
4 miesiące spędzone w CZD to przede wszystkim włączenie nas, rodziców, w leczenie i terapię dziecka.
OM: GBS. Co to dokładnie?
GBS to Zespół Guillaina Barrego, ostre wielokorzeniowe zapalenie demielinizacyjne.
U Kubusia wystąpiła ostra postać opuszkowa z zapalną, demielinizacyjna polineuropatia.
Wyobraźmy sobie ze nasze układ nerwowy to taka elektryka i nagle strzela piorun jest „krótkie spięcie” palą się przewody, uszkadzają gniazdka, kontakty itd.
Sam transformator -mózg- ocalał.
Krótkie spięcie ale długa rehabilitacja.
OM: Choroba ta zmieniła całe Wasze życie. Co z budową, z planami?
Jak choroba zmieniła Was?
A: Kuba zachorował 7 lat temu… to siedem lat strachu, nocnego czuwania,
24 h dyspozycyjności, pełnej mobilizacji, wyrzeczeń, trudnych decyzji.
Ale przede wszystkim niezwykły czas miłości rodzicielskiej, która już zawsze będzie miała inny wymiar. To 7 lat życia na krawędzi łóżeczka. To ogromna miłość, odpowiedzialność czułość. Nasze dziecko wymaga od nas życia tu i teraz.
Teraz muszę odessać, teraz muszę podłączyć respirator, teraz muszę tulić, kochać,
być tu i teraz!
Nie mogę tego odłożyć nawet na chwilę! Żyjemy w ciągłym zagrożeniu o życie, które jest
całym naszym światem. Czasami chodzimy jak roboty. Potrafię nie spać przez kilka dni, a rano uśmiech Kuby jest jak zastrzyk z adrenaliny.
Jesteśmy innymi ludźmi.
Dom był naszym marzeniem i trójka dzieci. Mieszkamy kątem u rodziców i mamy tylko Kubusia. I jestem wdzięczna Bogu, że w najtrudniejszych chwilach otrzymywaliśmy pomoc. Jestem dumna, że Kuba, ma dobrych i oddanych lekarzy, którzy zaopiekowali się całą naszą trójką. Pielęgniarkę, która jest jak lekarstwo, rehabilitantów, terapeutów i
nauczycieli, którzy sprawiają, że to co niemożliwe staje się realne. Jestem dumna z rodziny i naszych dzieciaczków, które są jak nasze dzieci. Jestem
dumna że Kuba jest w domu, chodzi do szkoły.
Tak sobie myślę…. przez 4 miesiące pobytu w Warszawie obca dla mnie osoba- Asia stworzyła mi dom, dając klucze i pokój w swoim mieszkaniu.
Pilnowała żebym nie głodowała i jeszcze rozpieszczała towarzystwem i lampką wina.
Zrozumiałam co to znaczy dać komuś dach nad głową.
Później decyzja o sprzedaży naszej budowy była dla mnie podjęta w 1 sekundzie. Dom to nie 120 m budynek zadłużony na 30 lat kredytu we frankach szwajcarskich…
Nasz dom musieliśmy stworzyć na nowo na 20 m.
A możliwość zabrania Kubusia z oddziału intensywnej terapii z CZD w Warszawie to zasługa 2 osób, które z czasem stały się dla mnie najważniejszymi w życiu.
To lekarz z OIT Ania, która w jakiś niesamowity, kobiecy sposób zrozumiała
mnie jako kobietę i matkę. Ania, która jest naszym Przyjacielem, Pogotowiem, Ratunkiem i Ramionami w których mogę się wypłakać.
I lekarz, Bartek, który jako jedyny 7 lat temu zgodził się zaopiekować rocznym dzieckiem na wentylacji domowej.
Nie chciałam wracać do domu. Było mi dobrze w szpitalu. Czułam się tam bezpiecznie.
Krzysiek przyjechał i mówi, że jest lekarz, który mówi, że pomoże Kubusiowi. Przyjechaliśmy tutaj. Nic nie było jak powinno być. Byłam wściekła. Wystraszona. Lekarz Bartek zaczął organizować opiekę. Ściągnął najlepszą pielęgniarkę. Ratował Kuby życie przyjeżdżając w nocy i siedząc przy jego łóżeczku. Dał mi takie poczucie
bezpieczeństwa i komfortu, że jest zawsze dla Kubusia, do dyspozycji. To dało nam poczucie stabilizacji.
OM: Jak wygląda Wasz zwykły Dzień?
A: Około 7 godziny pobudka. Pierwsze… buziak (czyli oceniam jak się dziecko ma:
temperatura, diureza, wydzielina, oddech, krążenie itd.)
Kawa dla mnie i YouTube dla Kuby.
Inhalacje,drenaż, koflator, ssak, płyny i leki.
Zmiana opatrunków. Jedzenie
Rehabilitacja. Płyny. Spacer. Jedzenie.
Nauka. Płyny. Ćwiczenia. Jedzenie. Zabawa
Kąpiel. Inhalacje. Drenaż. Czytanie, oglądanie.
Kołysanki i spanie.
Każdy dzień jest pod Kubusia. Każdy tydzień, miesiąc, rok.
Wyjazdy. Konsultacje. Badania. Turnusy. Szpitale. Zawsze najpierw Kuba.
I noce najczęściej na krawędzi łóżeczka.
O pierwszej ja zmieniam pozycję, o trzeciej wstaję, bo najczęściej coś się
dzieje – drżenia, gorączki, płacz, ból , zaburzenia wentylacji . O piątej Krzysiek zmienia pozycję i najczęściej wstaje do pracy.
O piątej ja idę do łóżka i mogę spać. Dwie, czasami trzy, godziny.
OM: Skąd sprzęty, wszystkie niezbędne rzeczy?
A: W ramach tzw. opieki domowej dziecka wentylowanego Kuba ma zapewniony niezbędny sprzęt do życia – respirator, ssak, pulsoksymetr, ambu, koncentrator tlenu oraz jednorazowego użytku cewniki, rurki tracheostomijne a w ramach
poradni żywienia specjalistyczne odżywki i strzykawki.
Korzystamy z dofinansowania z NFZ do pieluchomajtek, świadczenia pielęgnacyjnego oraz wypłacanego dla mnie zasiłku z tytułu rezygnacji z pracy na rzecz sprawowania całodobowej opieki.
Mąż pracuje w jedynym z zakładów na nowosolskiej strefie.
Byliśmy pewni że nasza miłość i oddanie wystarczy aby zapewnić Kubusiowi opiekę.
Niestety żeby być przewlekle chorym i niepełnosprawnym trzeba być bogatym albo mieć
takich niesamowitych ludzi dookoła jak my i należeć do Fundacji.
OM: Kuba należy do Fundacji. Jakiej? Skąd wybór?
A: Kuba należy do Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą. Tylko i wyłącznie dla tej mogliśmy spełnić kryteria. Najczęściej Fundacje zrzeszają podopiecznych z tymi samymi jednostkami choroby. Wybraliśmy Zdążyć z Pomocą przede wszystkim
dlatego, że podopieczni mają osobne subkonto na które można wpłacać 1 % podatku oraz
darowizny a Fundacja nie pobiera żadnych opłat. Podobał nam się jasny i czytelny statut i regulamin rozliczania środków. Rodzice piszą apele, ulotki, prośby i sami muszą starać się o pozyskiwanie darczyńców.
Pierwsza zbiórka była na zakup wózka. Potrzebowaliśmy 16 tyś zł aby Kuba mógł wyjść na spacer. Zadzwoniłam do kolegi Marka G. aby napisał o Kubusiu artykuł bo będziemy potrzebowali pomocy. Później przepiękna foto opowieść Olgi, która zrobiła artystyczne zdjęcia. I w końcu akcja moich koleżanek Bibliotekarek w Teatralnej , o której mówiło całe miasto. W jeden listopadowy wieczór dziewczyny zebrały ponad 20 tyś zł
To było niesamowite i co się działo. ..przyszła chyba cała Nowa Sól.
Tego wieczora postanowiliśmy ze Kuba będzie w tej Fundacji bo każdy Darczyńca musi mieć pewność, że każda złotówka zostanie właściwie rozdysponowana.
Dziękujemy za hojności i zaufanie na każdej ulotce która co roku z nowym
aktualnym zdjęciem jest rozsyłania znajomym i innym osobom. 
Dziecko rośnie i co miesiąc z wszystkiego wyrasta.
Chore i niepełnosprawne dziecko rośnie i zmieniają się jego dysfunkcje a w związku z tym wyrasta ze sprzętu ortopedycznego, zużywa się lub robi za mały, za stary, sprzęt rehabilitacyjny. Potrzebne są wciąż nowe narzędzia do bodźcowania i terapii.
Wnioskujemy w konkretnych sprawach do Urzędu Gminy, PCPR, PFRON ale największą pomoc otrzymujemy od Podatników i przede wszystkim od  Was.
Szkolne zbiórki, kawiarenki, indywidualne wpłaty, bieg charytatywny, FB akcje, ślubne zbiórki zamiast kwiatka, licytacje.
Gdy nagle obcy człowiek daje Ci do ręki kopertę pieniędzy i mówi, że to dla
Twojego chorego dziecka nie wiesz co powiedzieć… a później czujesz wdzięczność i trzy razy zastanowisz się zanim rozdysponujesz każdy grosz.
Gdy dzieci oddają swoje oszczędności, zbierają do słoika pieniążki i mówią to dla naszego kolegi Kubusia, wzruszasz się i zastanawiasz co tak naprawdę i ile jest warte.
Najcenniejszą i najważniejszą jest ta pomoc której nie można wrzucić do puszki…
To obecność, trzymanie za rękę, wspieranie, współprzeżywanie, modlitwa.
A wszystko inne jak wózek, ortezy, pionizator, leki, rehabilitacja, prywatne konsultacje , pampersy to już są ceny, limity, procenty dofinansowań na które musimy mieć kasę.
Dużą kasę.
OM: Aniu. Początek roku to czas rozliczeń. To też czas w którym każdy może pomóc Kubie. W jaki sposób?
A: Pomóc może każdy kto jest podatnikiem i może przekazać 1% podatku.
Należy wpisać nazwę OPP: Fundacja Dzieciom Zdążyć z Pomocą
Numer KRS 0000037904,
Informacja uzupełniająca cel 1% 9008 Krysiak Jakub
Można też zwyczajnie pomóc w rozsyłaniu i udostępnianiu ulotki. Nie chodzi o to aby zarzucić Kubusia zdjęciami poczekalnie i przystanki autobusowe ale przekazać znajomemu, cioci, wujkowi. , szefowi czy sąsiadce i powiedzieć Twój 1% Pomaga !
Można również przekazać darowiznę, niezbędne dane są na ulotce albo na stronach Fundacji. Zawsze należy napisać ,”9008 Krysiak Jakub” aby pomoc dotarła na subkonto.
OM: Dziękuję z całego serca za rozmowę. Wiem, że pierwszy raz zdecydowałaś się wszystko opowiedzieć od początku! Tym goręcej dziękuję!
Kochani! Teraz wszystko leży w Waszych rękach!
Wierzę, że pomożecie mi pchnąć tę machinę dalej!
Razem możemy na prawdę wiele!
Jeśli nawet nie możesz przekazać swojego 1% to udostępnij dla innych.
Ciebie to nic nie kosztuje! Dla Kuby to może być wszystko!
WSZYSTKIE INFO O KUBIE ZNAJDZIECIE TU
„ZDĄŻYĆ Z POMOCĄ- JAKUB KRYSIAK”
Wszystkie informacje są również na ulotkach.







piątek, 15 stycznia 2016

Niechaj szyje nam!

W życiu każdej dziewczynki (zarówno tej małej jak i dużo większej) nastaje czas na zakup pierwszej torebki (a później kolejnej i kolejnej) :)
Przecież jest ona niezbędna na spacerze, zakupach czy wycieczce.
To w niej chowamy to co najważniejsze.
Oliwia już od jakiegoś czasu wyprowadzała mi z garderoby kolejne to „zdobycze”.
Zaczynając od małych kopertówek a skończywszy na wielkich torbach.
Wtedy to właśnie stwierdziłam, że to odpowiedni czas na zakup jej pierwszej torebki.
Długo szukałam czegoś niezwykłego, stworzonego z sercem, bez zamków.
Prosta, nieduża piękna torebka.
I trafiłam na małżeństwo, które szyje przepiękne torebki z filcu dla młodych dam (tak, tak… mąż też ponoć szyje).
Niechaj szyje nam! To dużo filcu i zabawy.
Literki, broszki, torebki, ramki, przytulaki i inne małe cudaki dla dużych i małych.
Zresztą sami się przekonajcie!











Oliwia:
Płaszczyk ZARA
Spodnie H&M
Buty NEXT
Chusta ZARA
Czapka LAURA LAUDI
Torebka NIECHAJ SZYJE NAM

wtorek, 12 stycznia 2016

Happy New Year oraz podsumowanie starego roku.

Nie było nas tu jakiś czas.
Długi czas.
Dziś chciałam podsumować stary rok i wejść nowościami w ten nowy.
Rok 2015 był dla nas niezwykle szczęśliwy.
Działo się tyle, że aby wszystko opisać potrzebowałabym z miesiąc.
Oliwia wniosła w nasze życie ogrom radości.
Nauczyła też nas wiele.
Już wiemy, że nie możemy tak „biec” do przodu, spieszyć się.
Musimy w pewnych momentach zwolnić, zatrzymać się aby móc nacieszyć się sobą. Próbować „zatrzymać” chwilę.
Nauczyła nas także systematyczności. Nie ma już możliwości jedzenia w biegu, o powrotach do domu o różnej godzinie można pomarzyć.
Każdy posiłek, kąpiel, spanie… wszystko ma swój czas, swoją porę.
Rok 2015 to też pierwsze słowa, pierwsze kroki, samodzielne próby jedzenia, pewnego rodzaju bunt.
To także rok wielkich zmian.
Zakończenie budowy.
W końcu zamieszkaliśmy w naszym wymarzonym, pięknym domu!
Na wiosnę będziemy walczyć z ogrodem więc kolejne wyzwanie przed nami.
Ale wszystko opowiem Wam w swoim czasie.
Na pokój Oliwii chcę przeznaczyć osobny wpis, bo jest to niezwykłe i wyjątkowe miejsce.
Taka mała oliwkowa kraina. :)
Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy u siebie.
Przygotowywaliśmy się do nich starannie.
Chcieliśmy cały dom wprowadzić w ten wyjątkowy klimat.
Kupiliśmy dużą jodłę, którą razem z Oli ubraliśmy w dzień Wigilii.
Razem piekłyśmy pierniczki.
W dzień Wigilii cały dom pachniał piernikami, cynamonem, pomarańczą, barszczem, suszonymi owocami, drzewkiem.






Sylwestra spędziliśmy w rodzinnym gronie.
Dla nas to nie tylko pożegnanie starego roku.
To dzień urodzin a zarazem imienin mojego męża. :)
Nasza trójka, moi rodzice, siostra z narzeczonym.
Domowy klimat, miła atmosfera.
Najpiękniejsze życzenia noworoczne.
Zamykając ten stary rok chciałam bardzo, ale to bardzo podziękować kilku osobom.
W pierwszej kolejności chciałam podziękować mojemu mężowi za kolejny wspólny rok (toż to już 13 lat!), za pracę jaką włożył w budowę naszego domu, za serce, za czas, za miłość!!! Dziękuję!
Chciałam podziękować najgoręcej na świecie moim rodzicom!
Za co?? Tyle tego jest, że nie wiem czy udałoby mi się wszystko wymienić, ale w pierwszej kolejności za to, że są! Za ich miłość, zrozumienie, dobrą radę.
Za „przygarnięcie” nas pod swój dach w momencie gdy sprzedaliśmy mieszkanie a dom jeszcze nie był wykończony!
Mamuś! Tobie dziękuję za zupę pomidorową (najlepszą na świecie!).
Tatuś! Tobie to ja dziękuję taaaaak bardzo!
To dzięki Tobie mamy swój dom.
To Ty „pchnąłeś” nas na przód, dałeś kopa abyśmy zdecydowali się na kupno ziemi, na budowę. To Ty nadzorowałeś budowę, pomagałeś wszystko załatwić!
Dziękuję Wam z całego serca! :)
Chciałabym też podziękować mojej siostrze.
Aga! Jesteś najlepszą ciocią na świecie ever!!!
Nie ma i nigdy nie będzie bardziej kochanej, wyrozumiałej, cudownej cioci!!!
Na końcu (ale wcale nie najmniej ważne) podziękowania dla Was kochani!! :)
Dziękuję, że jesteście z nami.
Że piszecie gdy nas dłuższą chwilę nie ma.
Dziękuję za każdy komentarz, każdy like!
To Wy dajecie mi kopa !
W ten Nowy 2016 Rok wchodzę z nową siłą.
Bogatsza o nowe doświadczenia.
Spokojniejsza, mądrzejsza!
Zostawiam w tyle wszystkie problemy.
A teraz zapraszam na kilka zimowych kadrów.








INSTAGRAM