czwartek, 25 stycznia 2018

Lenart - czyli za co lubimy niszowe marki?

Kilka razy w tygodniu zarówno na naszym fp na facebooku jak równiez na instagramie pytacie nas o miejsca gdzie można kupić fajne, dobre gatunkowo, modne ubrania dla dzieci.
Faktycznie! Mamy sporo takich fajnych miejsc.

Już wiele razy wspominałam Wam o ubraniach niszowych marek.
Jak wiadomo, ubrania z sieciówek nie zawsze dają nam pełną satysfakcję.
Ostatnio sama zawiodłam się na jednej dużej marce ubrań dziecięcych a towar od nich po dwóch praniach trafił do kosza!
I to w zasadzie jest pierwszy, najważniejszy punkt, który decyduje o tym, że wolimy małe, domowe pracownie niż wielkie znane marki.

1. Jakość.
Kupując jakąkolwiek rzecz (i nie mam tu na myśli wyłącznie odzieży) zawsze wierzymy, że będzie ona najwyższej jakości. Decydując się na zakup nie chcemy aby za dzień, tydzień dany produkt się zepsuł i trafił na śmietnik. Nie twierdzę, że nawet wśród małych firm nie znajdzie się ktoś, kto będzie chciał nam wcisnąć "bubel" ale uwierzcie mi, że od kilku lat tylko raz zawiodłam się na małej, lokalnej firmie.

2. Styl.
Ostatnio zauważyłam, że coraz więcej sieciówek wzoruje się na fasonach, wzorach niszowych marek.
Poza tym handmade zostaje coraz bardziej doceniany i całe szczęście. Nie ma nic piękniejszego jak ktoś z pasją robi coś specjalnie dla nas.

3. Rozmiar.
Ile razy mieliście tak, że jakaś sukienka wpadła Wam w oko ale po przymierzeniu okazuje się, że 98 jest na styk a 104 jeszcze za duży? Spodnie to u nas największa zmora. Albo są takie, że "wystarczą" na miesiąc albo takie, że musiałabym na trzy razy podwinąć.
Jeśli ktoś szyje coś "pod nas" to zawsze można się dogadać aby móc zmierzyć nasze dziecko i podesłać konkretne wymiary. Wtedy mamy niemalże pewność, że ubranie będzie idealne dla naszego smyka.

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić bardzo fajne miejsce w sieci...

Lenart

Pamiętacie czapkę z daszkiem o którą mnie pytaliście? Tą z imieniem?
(na zdjęciach znajdziecie ją TU)
Czapka jak i spódniczka z tamtego, letniego wpisu pochodzą właśnie od lenart.

No ale jak wiadomo mogę zachwalać w nieskończoność. :)
Ale kto to jest? Kto się kryje za tą tajemniczą nazwą?
Kto tworzy dla nas te piękne ubranka?

Postanowiłam zagłębić się dalej i zapytać.

Lenart to przede wszystkim miejsce tworzone przez rodzinę, która współpracując ze sobą kreuje wszystko to, co dla naszych dzieci najlepsze.

Pieczę nas wszystkim trzyma Monika (lat 35) z Zabrza.
Od 13 lat żona Darka.
Mama 4-letniej Lenki.

To jej udało mi się zadać kilka pytań.

Skąd pomysł na firmę?
Pomysł na firmę zrodził się razem z Lenką.
Już w ciąży w czasie kompletowania wyprawki , szukania ubranek, dodatków uświadomiłam sobie że wybór jest ogromny, lecz większość z tych rzeczy chciałam zmieniać, przerabiać, dopasować czy też inaczej wykonać a co najważniejsze mieć coś, co jest rzadziej spotykane.
Do teraz pamiętam słowa które powtarzałam przez całą ciążę "nigdy różowych ubranek" 😉
I powiedziałam sobie "czemu nie?", kiedy głowa pełna pomysłów....
Pomysł szalony ale... zrezygnowałam z pracy i otworzyłam firmę.
 

Kto pracuje na Wasz sukces?
Lenart to firma tworzona dzięki rodzinie. Każda, bliska mi osoba ma ogromny wkład w to, co widzicie na naszym profilu.
Fantastyczną pracę wykonuje moja najcudowniejsza córeczka, która na co dzień pokazuje to, co razem z moją kochaną siostrą i mamą przygotowujemy.
Grafikę i sesje tworzy nasza Gosia.
Nie możemy też zapomnieć o klientkach, dzięki którym jesteśmy i firmach z którymi współpracujemy.

Jaki można znaleźć u Was asortyment?

Szyjemy głównie dla dziewczynek. Lenka wyznacza kierunek którym dążymy.
Sukienki, spódniczki, bluzy,spodnie, czapeczki to produkty które goszczą u nas na stałe.
Najważniejsza jest dla nas wygoda dzieciaczków.
Indywidualne zamówienia dla chłopców czy dużych dziewczynek (czyt. mama) to u nas standard 🙂

Czego możemy się spodziewać na wiosnę?
Wiosna to nasz ulubiony sezon w którym pojawią się nasze proste, ale mega wygodne sukienki.
Nowe kroje, kolory i wzory..... będzie pięknie!
Nasze super FULLCAP bez których nie wyobrażamy sobie już
wiosny i lata, przygotowane indywidualnie na życzenie klientki.
W tym sezonie chcemy zrobić krok do przodu i pokazać więcej produktów dla maluszków.

Całej ekipie Lenart życzymy samych sukcesów i głów pełnych pomysłów!
A Wam bardzo gorąco polecam zajrzeć do nich już teraz!

Jeśli cenicie sobie oryginalność, zależy Wam na produktach wysokiej jakości to na pewno się nie zawiedziecie!

Enjoy.














Czapa, bluza, spódniczka Lenart
Podkolanówki Collegien

środa, 29 listopada 2017

Mój pierwszy atlas świata

Dziś chciałabym Wam pokazać nasz książkowy hit!
Już od jakiegoś czasu szukałam książki na podstawie której mogłabym Oliwii pokazać gdzie żyją poszczególne zwierzęta.
Często dopytuje "mamusiu, a gdzie mieszka lew?", "gdzie jest domek koali?", "gdzie mieszka żyrafa?". Ciekawią ją zwierzęta, owady i cały czas o  nie pyta.

Przejrzałam internet i trafiłam na atlas świata dla najmłodszych.
Od początku , a w sumie od ujrzenia okładki wiedziałam, że będzie to strzał w dziesiątkę!

Pamiętam, że gdy byłam jeszcze małą dziewczynką uwielbiałam przeglądać atlas i przesuwając palec strzelać w miejsce w którym chciałabym się znaleźć. Zawsze marzyłam o dalekich podróżach, o najdalszych zakątkach świata. Zastanawiałam się wtedy jak wyglądają i jakie ubrania noszą tamtejsi ludzie. Czy jedzą to co my? Jakie zwierzęta ich otaczają?

Do dnia dzisiejszego uwielbiam zaglądać do książek podróżniczych!

Ale teraz tę pasję dzielę z moją córeczką.
"Mój pierwszy atlas" to barwna książka sporego formatu. Posiada grube kartki, które są bardzo wygodne dla mniejszych łapek. U nas takie sprawdzają się póki co najlepiej.

Wstęp to powitanie wszystkich kontynentów. Każda kolejna strona to poznawanie poszczególnego kontynentu. Dowiemy się miedzy innymi o zabytkach charakterystycznych dla danego regionu. Zobaczymy gdzie żyją jakie zwierzęta, jakie są tradycyjne potrawy w danych krajach czy jak ludność ubiera się w poszczególnym regionie oraz jakim środkiem transportu się przemieszcza.

Wszystko opisane jest zabawnie w formie tekstu i obrazków (niezwykle barwnych) tak więc książka z całą pewnością może być odpowiednia zarówno dla maluchów w wieku Oliwki jak i tych nieco starszych, zaczynających swoją przygodę ze szkołą.

My sięgamy po atlas bardzo często i dumna jestem jak widzę, że młoda już sporo zapamiętała.
Sama zakrywa strony i wypytuje mnie "a pamiętasz gdzie mieszka żyrafa, jakim autem jeździ się po pustyni, jak nazywają się domy na biegunie?".

Wydaje mi się, że atlas ten będzie początkiem niesamowitej podróży!
A może dzięki niemu zdecydujecie się wybrać w jakąś ciekawą podróż?
Niekoniecznie palcem po mapie....














Książka do nabycia w Empiku TU

środa, 8 listopada 2017

Dwa miesiące w przedszkolu

Zdawać by się mogło, że dopiero co pisałam o emocjach związanych z pierwszym dniem Liwki w przedszkolu a tu już dwa pełne miesiące za nami.
W sumie to dwa najbardziej, emocjonalnie skrajne miesiące!

Podzielę je na trzy etapy, bo każdy z nich był niezwykle ważny w naszym życiu.

1. Niewiedza.
Nie bez powodu tak go właśnie nazwałam. Pierwszy etap, który trwał około 3 tygodni to jedna wielka niewiadoma. Jak będzie? Czy damy radę? Czy zaakceptuje Panią? Czy nie będzie chorować? Czy ja sobie emocjonalnie dam radę? Wszystko na raz, w jednej chwili.
Były łzy, smutek, nerwy, pustka i tęsknota u mnie.
Były spokój, zaciekawienie, tęsknota, ale i radość u niej.

W ciągu tygodnia pierwszego kilka razy na dobę serducho podpowiadało mi "Nie! Źle robisz Kaśka! Ona jest jeszcze za mała na przedszkole!" ale na szczęście chwilę po tym rozum podpowiadał, że to dobry krok.

2. Po chorobowym.
Okres drugi rozpoczął się dla nas chorobowym. W sumie nic poważnego bo "zaledwie" kaszel i katar, ale jednak. Postanowiłam nie narażać jej ani też innych dzieci i zostawiłam ją na kilka dni w domu.
Pierwsze dni na chacie spędziłyśmy na zabawach z przedszkola. Cały czas paplała czego to ona się nie nauczyła od swojej ukochanej Pani Kasi. Pierwszy raz w swoim życiu poznała smak syropu i szybko wróciła do formy. Ale powrót już taki "różowy" nie był.
Te kilka dni w domu sprawiło, że ciężko było wstawać bardzo wcześnie i niechęć rosła.

3. Dzikuska.
Trzeci etap, który trwa do dziś zaczął się w połowie października.
W domu nadal rozsądna, mega samodzielna dziewczynka. Natomiast w przedszkolu mała dzikuska, która nie chce nic (zupełnie) nic sama zrobić. Sama bawić się nie chce, sama nie chce sięgnąć zabawki, ponieść kredki, siku sama też raczej nie pójdzie.
Wszystko z Lenką lub Panią K.
Inne dzieci traktuje jak powietrze! Ale tak całkowicie!
gdy przychodzę po nią, jestem świadkiem tego jak nawet nie patrzy w stronę innych dzieci.
Podchodzi np Julka i coś się pyta a Oliwia jak słup soli stoi.

I nagle... otwierają się drzwi, młoda wychodzi poza linię sali i znów staje się samodzielną, odważną dziewczynką!

Nie mam pojęcia o co chodzi ale sporo rozmawiamy i wierzę, mocno wierzę, że to przejdzie!
Póki co przedwczoraj poszła w przebraniu kotka mega zadowolona.
Wczoraj i dziś minę miała nieciekawą zaraz po otwarciu drzwi.

Nadal cieszę się, że zdecydowaliśmy tak a nie inaczej.
Nawet odkrywam w sobie nieco samolubne zachowania. Bo jak to niezwykle miło jest zamknąć drzwi za tym mega marudzącym dzieckiem i wrócić na chwilę do domu, wypić ciepłą kawę... Chociaż chwilę po wypiciu kawy myślę sobie, że tęsknię.
Ale chociaż na kilka godzin zrzucam ten ciężar "marudzenia" na Panią K.

Podsumowując... przedszkole to taka sinusoida naładowana naszymi emocjami.
Nie ma tylko dobrych albo tylko złych dni.
Jest różnie. I jest fajnie tak jak jest.












Bluza The Animal Observatory
Spódnica Bobole

INSTAGRAM